|
Przed 20 laty kajakarze z Krakowa splyneli po raz pierwszy najglebszym kanionem swiata. Pisze o tym Marcin Jamkowski. Po pokonaniu kanionu rzeki golca fala slawy zaniosla polskich kajakarzy z andyjskich wodospadow na salony prezydenta Peru. Przeplyniecie kanionu uznano za jedno z najwiekszych osiagniec eksploratorskich XX wieku, a swiatowa prasa zachlystywala sie, chwalac odwage Polakow. W tym czasie w Polsce cenzura zabronila wymieniania ich nazwisk w mediach.
Tylko dzieki temu, ze Polacy zdobyli kanion Golca, Chivay nie jest jedna z biednych andyjskich osad, jakich pelno w okolicznych gorach. Tylko dzieki tym Polakom nasze miasteczko zdobyto slawe i przynoszacych bogactwo turystow - mowi Bernardo Ocsa Yajo, burmistrz miasta. Rozmawiam z burmistrzem w jego gabinecie niemal w 20. rocznice pierwszego przeplyniecia kanionu. Nasza rozmowe tlumaczy Piotr Chmielinski, jeden ze smialkow, ktorzy w 1981 roku rzucili wyzwanie dzikiej rzece. Choc wtedy burmistrz byl jeszcze dzieckiem, z ogromnym sentymentem wspomina piatke kajakarzy. Dolina rzeki Golca to jedno z najzyzniejszych miejsc po tej stronie Andow. Na tarasowych poletkach na jej zboczach rosna zboza. Jest jak oaza - poza nia prozno szukac sladow wody. Wokol rozciagaja sie suche polpustynne wyzyny. W dolinie jest kilka kopalni, w ktorych wydobywa sie metale szlachetne, glownie srebro. „Golca" w jezyku kecz.ua uzywanym przez mieszkajacych tam Indian znaczy wlasnie srebro. Ale burmistrz Bernardo Ocsa Yajo wie, ze nie srebro, lecz gleboki kanion, przez ktory na dlugosci 100 kilometrow przeciska sie rzeka Golca, jest dzis jedyna szansa na dostatnie zycie dla mieszkancow jego miasta i okolicy. Dostatnie, bowiem kwote zostawiana tutaj rokrocznie przez turystow szacuje sie na okolo piec milionow dolarow. Wyprawe do Peru kajakarze wymyslili w drugiej polowie lat 70. Mimo iz byly to czasy gierkowskiej „malej stabilizacji", zorganizowanie wszystkiego, co bylo niezbedne do wyjazdu, i wydostanie sie z Polski graniczylo wtedy z cudem. Chocby paszporty - wydawano je wylacznie na jedna podroz. Problemem byly tez waluty obce. Na kazdy wyjazd wolno bylo kupic... po 10 dolarow na osobe (kajakarzom wyjatkowo sprzedano po 150). Prawie wszyscy studiowalismy na AGH w Krakowie, plywalismy kajakami w Akademickim Klubie Kajakowym „Bystrze" i staralismy sie jakos sobie radzic z organizacja wypraw - wspomina Piotr Chmielinski, jeden ze wspolzalozycieli klubu. - Zdarzalo sie, ze walka w gabinetach dzialaczy przed wyprawa byla trudniejsza od plywania po gorskich strumieniach. -W 1978 roku siedzielismy w akademiku w Krakowie i zastanawialismy sie, dokad by tu pojechac. Studia sie konczyly, nikomu nie spieszylo sie do doroslego zycia, chcielismy zrobic jakas duza wyprawe. Ktos wymyslil, zeby jechac na poludnie Argentyny. Pomysl sie spodobal - wspomina Chmielinski. Organizuja wyprawe pod nazwa „Canoan-des". „Cano" od canoa - po hiszpansku kajak, „andes" - od lancucha gorskiego Andow, gdzie swoj poczatek biora rzeki, o ktorych marzyli, studiujac w Krakowie. Przez kilka miesiecy wyrabiaja sobie znajomosci w FSC w Starachowicach. Nastoletnia corke dyrektora zabieraja na kilka splywow. Znajomosci przydaja sie - kajakarze dostaja przydzial na stara 266 z napedem na trzy osie. - Z tym przydzialem w reku poszedlem do wladz AGH i zaproponowalem uklad. Ja im dam talon, ale oni jak tylko kupia tego stara, to nam go na pol roku pozycza na wyprawe - wspomina Chmielinski. Poniewaz bez przydzialu samochodu kupic nie bylo mozna, uczelnia zgodzila sie zaplacic za samochod i dac go w uzytkowanie ekipie „Canoandes". Wypako-wany jedzeniem i sprzetem star stanal wkrotce na pokladzie statku plynacego do Ameryki Poludniowej. Ale pech chcial, ze na kilka dni przed wyjazdem omal nie dochodzi do wojny pomiedzy Argentyna i Chile - zaostrzyl sie konflikt o kilka wysepek na kanale Beagle. Argentyna cofa podroznikom wizy. Marynarze w ostatniej chwili wyladowuja stara na nabrzeze. - Miny nam zrzedly, ale zapal nie ostygl. Wzielismy mape i tym razem zamiast poludniowych Andow nasz wzrok przykuly Andy peruwianskie. Wielkie gory nad brzegiem oceanu, piec-szesc tysiecy metrow roznicy wzniesien. Tam to musza byc rzeki. „Pojedzmy do Peru" - ktos rzucil. I to Peru „chwycilo" - mowi Pietowski. Ciezarowy star znow stal na pokladzie statku w gdynskim porcie. Mial odplynac w ostatnich dniach grudnia. I znow sie nie udaje. W Peru rzad wprowadza stan wyjatkowy, na ulice wychodzi wojsko. Polska ambasada w Limie nie wyraza zgody na przyjazd kajakarzy - trzeba zwrocic paszporty. - Powiedzielismy sobie: „do trzech razy sztuka" i zaczelismy szukac stabilnego kraju w Ameryce Lacinskiej, z ktorego moglibysmy przy odrobinie szczescia dojechac do Peru i Argentyny. Okazalo sie, ze w Meksyku ambasadorem jest Jozef Klasa, krakus z pochodzenia. Zebralismy informacje o rzekach w Meksyku i wstalismy do niego teleks z prosba o pomoc w wyjezdzie - wspomina Piotr Chmielinski. Klasa jest oczarowany pomyslem. Zalatwia niezbedne zezwolenia i w czerwcu 1979 r. dziesiatka kajakarzy wreszcie wyjezdza. W Meksyku plywaja po niezbadanych gorskich rzekach. Na zime jada do USA, do przyjaciela z „Bystrza", ktory mieszka w Casper w stanie Wyoming. W sumie w Meksyku i USA przeplyneli kajakami setki kilometrow na ] O rzekach. Trzy z nich pokonali jako pierwsi. Dobrze im sie wiedzie do maja 1980 roku, kiedy to AGH zada zwrotu ciezarowki, a opiekujace sie wyjazdem studenckie biuro podrozy Almatur nakazuje kajakarzom wracac do kraju. Z samochodem do kraju wraca polowa ekipy. - Zonaci wrocili, a piatka niezonatych szukala szczescia dalej - zartuje dzis Ryszard Badowski, ktorego telewizyjny program „Klub szesciu kontynentow" sprawowal patronat nad wyprawa. Niezonatym szczescie sprzyjalo. Od Jadwigi i Jerzego Jabczynskich, polskich akrobatow wystepujacych w kasynach w Las Vegas, kajakarze dostaja za darmo polciezarowego chevroleta cheyena. Aby dodac komentarz zaloguj sie. Jesli nie masz konta, zalóz je sobie.
Tylko zarejestrowani uzytkownicy moga pisac komentarze.
jpcomment 1.0 Beta |